EJ! TO NIE EJ AJ
30,00 zł
Poznali się w 2015 roku przez Internet.
Ona nigdy nie była w Białymstoku.
On nie zawitał nigdy do Jeleniej Góry.
Odbyli jedną rozmowę telefoniczną.
I trochę klikali na czacie.
Nigdy nie spotkali się w realnym świecie.
Napisali razem książkę.
Mariusz pisze o Jeleniej Górze w tworzonej na podstawie wyobrażeń i wycinków z Internetu nowej mitologii. Małgorzata ma opowiadać o Białymstoku, ale jej narracja wciąż skręca w stronę małej ojczyzny:
“Z drugiej strony nie wyobrażam sobie, jak niestabilne jest życie, gdy horyzont wciąż się przesuwa. Wyjazd z Kotliny nieodmiennie kończy się dla mieszkańca okrzykiem: Jak tu płasko! Albo chociaż westchnieniem: Jak tu płasko…
Tak czy owak chyba wszyscy jesteśmy dziećmi przesiedleńców. Potomkami nomadów. A jednocześnie gdziekolwiek przysiądziemy na chwilę – zapuszczamy korzenie. Zakochujemy się” – pisze.
Czasem jest sentymentalnie:
“Patrzeć na miasto z daleka to przywilej, to rozkosz. Widzieć pozłacane kopuły cerkwi, wysmukłe wieże gotyku, równe rzędy PRL-owskich bloków. Nie widzieć brudnych klatek schodowych, niesnasek między sąsiadami i plakatów z obietnicami łopocącymi na wietrze. Tak jak wódz obserwujący ze wzgórza pole bitwy nie widzi pojedynczych ran, tylko zwarte szyki przemieszczające się tam i siam.
Bo gdy się zbyt mocno zawęzi perspektywę przez za częste gdzieś przebywanie, to każde miasto okazuje się zadupiem i dziurą. I potem trzeba nagle któregoś dnia w maju lub w sierpniu wyjść na rozsłonecznioną ulicę, jakby się przed chwilą przyjechało pociągiem, usiąść w kawiarence z widokiem na ludzi i chłonąć atmosferę”
Niekiedy horrorowato:
“Czcili ustawieniem w centralnym miejscu domu walizki rozdziawionej krokodylą paszczą dwulicowego bożka Sobeka, który zabił ubiegłoroczny i ożywia tegoroczny urlopowy wyjazd, a to akurat była dobra intuicja z tą celebracją wodnego drapieżnika, nawet snuł się wtedy z pootwieranych szaf, komód i waliz lekko bagienny zapach jak zew marszczący nozdrza i stroszący uszy, być może to on zatruwa umysły urlopem.
Tak to dzieciakiem pamiętam”.
Bywa zabawnie:
“…jak nawracający skubany jeździec motorka na mojej ulicy, takiego pierdzącego wysoką nutą i śmierdzącego, bo dwutaktowy silnik, i on jeździ tam i z powrotem, a po co tak jeździ czasami i dziesięć razy, to mi moja intuicja technicznie uzdolnionej osoby nie podpowiada, bo jeszcze dwa, trzy razy to jakiś diagnostyczny sens ma, ale osiem, dziesięć pierdzących nawrotów, to nie do
wytrzymania, czasem chce się debilowi gwoździ czy szkła rozsypać, żeby dziurę se zrobił i przestał, i musiał tą dziurę załatać, i może jakby tak powtórzyć to dziurawienie ze dwa czy trzy razy, może poszedłby na inną ulicę, gdzie mieszka ktoś, kto lubi dwusuwy…”
“Pierwszym zadaniem egzaminacyjnym będzie odwinięcie lizaka chupa-chups – wszyscy westchnęli z rezygnacją. – No tak, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo”.
A nawet futurystycznie:
“Robot zanurzył pięcioosiowe ramię w stercie puszek, zatoczył nim rubasznie brzęczący ślad koła i wyciągnął je w tanecznym rytmie prezentując stalową dłoń w ustalonym już, obraźliwym, jednopalcowym, znanym powszechnie geście.
Zaczepiony okazaniem symbolu świadczącego o braku szacunku drugi robot odpowiedział wulgarnie wykonanym „Summertime”, w którym nie było ani śladu Janis Joplin…”
Mikroopowieści to idealna forma – jest w nich miejsce i na narrację, i na poezję, i na zabawę słowem. Splatają się tu jakby dwie książki: nierównolegle, niesztampowo, surrealistycznie.
Zderzają się ze znaną, namacalną rzeczywistością oddalonych od siebie miast, tworząc nowe światy wysnute z sieci i utkane wyobraźnią, i szepcząc uspokajająco: jeśli ci się nie spodoba – odnieczytaj!
Książka z serii „Z Biblioteki Ducha Gór”.
miekka, klejona
270
Wydawnictwo Poligrafia AD REM
2026
Opinie
Na razie nie ma opinii o produkcie.









